polski :: english
email

Dzień 1

Rankiem patrzę na Bandita z ufnością i nadzieją Prawi trzy tygodnie skazani będziemy na siebie i od niego w dużej mierze zależeć będzie przebieg podróży. Ostatni trochę nerwowe pożegnania. Pogoda wymarzona do jazdy. Niestety w Korbielowie zaczyna lać. Pierwsza granica, a „w środku” fajne zadowolenie. W Bańskiej Bystrzycy, dzięki pomocy spotkanych motocyklistów, znajduję tani motel.

Dzień 2

Rano budzą mnie siarczyste przekleństwa w ojczystym języku dochodzące z korytarza. Zaciekawiona wyglądam. Widok osobliwy: trzech młodych panów, pijanych do granic ludzkiej możliwości, próbuje umieścić swoje bagaże w pokojach. Niestety błędnik odmawia im posłuszeństwa i nie mogą trafić w drzwi. Chyba właśnie stąd wynikała ich frustracja. Kiedy godzinę później idę z gratami do Bandita spotykam ich ponownie. Wyraźnie spokojniejsi siedzą na ławce i popijając piwko kontemplują poranek. W pewnym momencie jeden z Panów, podchodzi do mnie i stawia na kanapie Bandita litr czystej wódki. „Pij” – zdecydowanym i wcale nie za bardzo miłym tonem zwraca się w moją stronę. „Koleżanka nigdzie nie jedzie tylko zostaje z nami” – przyjaźniejszy tym razem ton dodał mi pewności siebie. Mimo to dłuższą chwilę zajęło mi tłumaczenie, że normalni ludzie o 9 rano piją kawę…

Kolejna granica, zmiana map w mapniku. I znów to uczucie „dumki” – na dumę było jeszcze za wcześnie.

Droga przez Węgry przyjemna: lasy, pola słoneczników, wioski, małe miasteczka. Niestety, nagle warunki jazdy zmieniają się. Słoneczniki są, ale na parawanach noszonych przez tłum rozwrzeszczanych turystów. Balaton. Migoczący w dali między drzewami robi imponujące wrażenie. Zachęcona podjeżdżam bliżej. To znaczy na tyle blisko, na ile pozwala mi dziwny, unoszący się nad zielono-zgniłymi wodami zapach..

Dzień 3

Droga wzdłuż Balatonu w szczycie sezonu, natężeniem ruchu przypomina nadmorski deptak. Za Keszthely widzę imponujący zamek – tam Ci z deptaka raczej nie dochodzą. Droga kręta, pod górkę, przez las. Mylę drogi, zawracamy. To znaczy chcieliśmy zawrócić, bo po chwili obydwoje znaleźliśmy się w pozycji horyzontalnej- Bandit leżał na mnie a ja na ziemi. Moje nogi okazały się za krótkie, a ja za słaba i jeszcze „motocyklowo” za głupia, aby ta zawrotka na dosyć dużym wzniesieniu mogła nam się udać…Wyczołgałam się spod mojego „piórka” i niefachowym okiem zaczęłam oceniać straty. Próby podniesienia Bandita w pojedynkę okazywały się nieskuteczne. Na szczęście ktoś przejeżdżał. Części, które mogłam złamać tkwiły na swoich miejscach, zmieniając tylko kąt położenia lub uległy niewielkiej deformacji. Odetchnęłam. Zamek zostawiłam sobie na następną wycieczkę (chyba już autokarową..) Powoli ruszyłam zastanawiając się czy coś odpadnie lub nagle przestanie działać i chyba tylko dzięki tej niepewności, 100 km dzielące nas od granicy pokonaliśmy w tempie nieprzyzwoicie spokojnym. Przejście graniczne w Letenye wywołało na mojej twarzy niepohamowany uśmiech a w sercu dumę (bardziej doświadczonym motocyklistom może wydać się ono nieuzasadnione). Jesteśmy z Banditem w Chorwacji! Wręczając celnikowi paszport, z trudem powstrzymywałam się, aby nie wręczyć wraz z nim całej radości jaką wtedy czułam.

Jeszcze tego wieczoru miałam zamiar pić wino w cieniu pałacu Doklecjana w Splicie. Omijając autostrady chciałam kierować się na południe. Jedna w wyniku chwili nieuwagi, w okolicy Zagrzebia, wjechałam na autostradę. Początkowe niezadowolenie minęło kiedy zobaczyłam jak szybko zmniejsza się odległość dzieląca mnie od punktu docelowego. Mój optymizm skończył się wraz z końcem autostrady. Przede mną, aż po horyzont ciągnął się sznur samochodów stojących praktycznie w miejscu. Mimo przywilejów jakie posiadałam z racji poruszania się motocyklem, jazda była uciążliwa. Niezliczona ilość ostrych zakrętów wypełnionych samochodami, a przede wszystkim mój brak doświadczenia i umiejętności poruszania się w takich warunkach sprawiły, że całą drogę pokonałam dużo wolniej niż powinnam. Mimo wszystko drogę wzdłuż granicy Bośniacko-Horwackiej, ze względu na walory krajobrazowe, szczególni polecam.

Zapadający zmrok skłonił mnie do szukania noclegu. Drogi zrobiły się puste, przejeżdżałam przez spalone, częściowo opustoszałe wioski. W szarości zmierzchu, na tym pustkowiu czułam się trochę nieswojo, a zmęczenie potęgowało strach. O 11 w nocy dojechałam do popularnej miejscowości wypoczynkowej Vodice, gdzie przez następną godzinę, jeżdżąc od domu do domu szukałam noclegu. Jednakże słowa „Jedna osoba na jedną noc. Mam swój śpiwór” zamykały mi drzwi przed nosem. Nikomu się to nie opłacało. Przeklinałam siebie za brak namiotu, przeklinałam Chorwatów i motocykl, którego nie miałam siły już utrzymać. Godzina o tej porze wydawała się być wiecznością. W końcu błagalny wzrok i ślady łez na brudnej twarzy przekonały jedną z właścicielek kwater…

Dzień 4

Rano obudził mnie zapach świeżo parzonej kawy. Moi wybawcy okazali się być bośniackimi uchodźcami z Banja Luki. W czasie porannej pogawędki przy suto zastawionym stole, nieprzyjemne wspomnienia z ostatniej nocy szybko odeszły w niepamięć. Zostawiłam Bandita i poszłam na spacer. Mimo niewątpliwego uroku portowego miasteczka, Vodice miały zbyt wiele cech letniego kurortu przepełnionego turystami. Bez żalu ruszyłam w dalszą drogę, tym razem wzdłuż wybrzeża. Będąc już prawie „ekspertką” od chorwackich zakrętów całkiem nieźle dawałam sobie radę. Jedyny dyskomfort jazdy stanowił prawy kufer, którego mocowanie urwało mi się w czasie wywrotki na Węgrzech. W końcu przywiązałam go sznurkiem ale nadal co jakiś czas zerkałam czy muszę wracać szukając zagubionego na winklach dobytku. W miedzy czasie zrezygnowałam z przystanku w Splicie, za punkt docelowy obierając Dubrovnik.

Prześliczne nadmorskie miasteczka i obrzydliwe turystyczne zagłębia ciągnęły się na przemian wzdłuż całego wybrzeża Dalmacji. Ze względu na przewagę tych drugich, z tysiącami pól namiotowych i głośnych campingów, wypoczynek tutaj wydał mi się niemożliwy. Mimo to kilkakrotnie uległam pokusie schłodzenia się w lazurowej wodzie dlatego do Dubrovnika dojechałam w nocy.

I tak jak poprzedniego wieczora, piekielnie zmęczona wrażeniami całego dnia, ponownie przeklinałam Bandita, który z każdą godziną stawał się coraz cięższy, przeklinałam właścicieli kwater i kierowców niecierpliwie poganiających mnie długimi światłami. A ja po prostu o 12 w nocy nie miałam już siły ani koncentracji. Dopiero po dłuższym czasie zauważyłam stojące na ulice Panie machające do mnie. Ponieważ nieraz brano mnie za mężczyznę nie zwracałam na nie wcześniej uwagi, myśląc, że szukają w ten sposób klientów żądnych cielesnych rozkoszy. Kiedy im się bliżej przyjrzałam okazało się, że wynajmują pokoje…turystom. Po kilkunastu minutach, grubo po północy, jechałam autobusem na nocne zwiedzanie miasta.

Dzień 5

Ponieważ nocne zwiedzanie Dubrovnika z racji wypitego wina zostało trochę ograniczone aby w pełni świadomości móc zwiedzić miasto. Jednakże siły wyższe, tzn. rozkład promów, pokrzyżowały mi plany. Jedyny prom na wyspy odchodził za pół godziny. Uroki Dobrovnika pozostało mi podziwiać z perspektywy oddalającego się od brzegu promu. Po dwóch godzinach dopynęliśmy na wyspę Mljet. Wyspa (Park Narodowy), ze względu n panujące na niej zakazy ograniczające życie hałaśliwego turysty jest przeciwieństwem letnich kurortów. Po zwyczajowych kłopotach ze znalezieniem noclegu, zwieńczonych na szczęście sukcesem, wybrałam się na spacer po wyspie, obiecując sobie nie zbliżać się do Bandita przez najbliższe dwa dni. Jako miłośniczka długich wędrówek przeżywałam kryzys wynikający z racji „wożenia się” motocyklem. Wyposażona w ekwipunek wędrowca i plażowicza ruszyłam w głąb wyspy. Wiedziałam, że znajdę tam dwa słone jeziora i łodzie rozwożące ludzi w najfajniejsze miejsca. A ludzi było tam naprawdę bardzo mało. I to był fajny, spokojny dzień. Myślę, że i Bandit chciał odpocząć ode mnie i Ja bardzo tej rozłąki potrzebowałam. Po kilku godzinach na przemiennego szwendania i wylegiwania się, wróciłam do wioski. Wieczorem w tawernie dołączyłam do żeglarzy, którzy tego dnia przypłynęli na wyspę. Nagle niespodzianka…Do litrów lejącego się wina dołączył lejący się z nieba deszcz. Rozpętała się burza będąca dla wszystkich sporym zaskoczeniem.

Dzień 6

Ponieważ kryzys motocyklowy trwał dalej, rankiem, z satysfakcją klepnęłam Bandita w tyłek na który nie mogłam już patrzeć, pomachałam mu na pożegnanie, oddalając się w głąb wyspy. Na myśl o całodziennym spacerze na własnych nogach poczułam nagły przypływ energii. Oczywiście zabłądziłam na oznakowanym szlaku w gąszczu drzew i ogromnych traw. Feeria barw kwitnących kwiatów, motyle, wyłaniające się co jakiś czas morze, pozostałości po starych chatach. Moja romantyczna dusza była w siódmym niebie. Wokół żywej duszy. Pogoda deszczowo-słoneczna. Kapię się na przemian w strugach deszczu i promieniach słońca. Bajka. Mocniejszy deszcz przeczekuję w chacie na plantacji winogron. Oczywiście nie odmawiam sobie zerwanych z krzaka owoców. W wiosce obowiązkowe wieczorne wino i budzik nastawiony na czwartą rano (klucz według którego układany był rozkład promów pozostał dla mnie tajemnicą).

W nocy burza. Nie śpię. Trochę ze strachu przed grzmotami, trochę z obawy czy prom dotrze tu w taką pogodę. I tak kiepski sen przerywa budzik.

Dzień 7

Waham się czy wstać i jechać i w przeraźliwej burzy jechać po ciemku do portu na drugą stronę wyspy. Okrutnie nie chce mi się wychodzić spod ciepłej kołdry. Pół godziny później, z twarzą zalaną deszczem i jeszcze śpiącymi oczami pędzę na drugą stronę wyspy. Niestety poranne „łóżkowe” wahania, trwają o dwie minuty za długo. Kiedy o 06.01, kompletnie przemoczona, dojechałam na miejsce, prom majestatycznie kołysał się na falach zostawiając za sobą wzburzony kilwater i …mnie. Złość na siebie i chodzące z dokładnością szwajcarskich zegarków chorwackie promy, mogła złagodzić tylko gorąca kawa. Jednakże żaden z właścicieli portowych barów (sztuk dwie) nie przewidział, że jakaś baba będzie siedziała w porcie o trak barbarzyńskiej porze. Na coś ciepłego mogłam liczyć najwcześniej za dwie godziny.

Widok dziewczęcia na motorze wzbudził zainteresowanie grupki rybaków, którzy w okrzykach zdumienia zaprosili mnie do uczestnictwa w porannym połowie. W przemoczonych jeansach, sztormiaku wskoczyłam na kuter. Już wcale nie żałowałam tego promu…Przez dwie godziny pływaliśmy po zatoce wyciągając sieci. Językiem migowym oraz polsko-chorwacko-włoską hybrydą dogadaliśmy się znakomicie. Kiedy wróciliśmy do portu czekała na nas gorąca kawa. Wzięłam Bandita na krótką przejażdżkę, bo widziałam że miał mi za złe tą dwugodzinną dezercję. Kiedy wróciłam czekała na mnie uczta – rybki, przy których połowie dzielnie asystowałam i zimne wino. Tak biesiadując czekaliśmy na mój kolejny prom. Wreszcie w doborowym, rybackim towarzystwie, wyposażona w rybny prowiant zostałam odprowadzona na statek. Prawdę mówiąc nie miałabym nic przeciwko, gdyby znowu odpłynął beze mnie.

Dubrownik planowałam zwiedzić w godzinę i później uciec gdzieś poza miasto. Szukając miejsca gdzie mogłaby zostawić Bandita zauważyłam znaki prowadzące do knajpy motocyklowej. Nie myliłam się, że będzie to dobre miejsce na przechowanie dobytku. Z tym, że cały bagaż odebrałam po…3 dniach. W tym czasie po raz kolejny przekonałam się o wyższości przypadku nad szczegółowym planowaniem. Kiedy właściciele baru, mimo wypatrywania moich towarzyszy podróży i robienia dla ich motocykli miejsca, nie doczekali się nikogo, patrząc na mnie i Bandita z nieukrywanym podziwem, stanowczo zabronili nam jechać dalej. Węsząc kolejną przygodę, nie miałam nic przeciwko aby przez kilka dni uczestniczyć w ich codziennym życiu. Dzięki nim, mieszkając w samym centrum średniowiecznej „perły Adriatyku” coraz mniej było we mnie przypadkowej turystki. W ciągu dnia, łamiąc żeglarskie przepisy poruszania się po akwenach wodnych, wariowaliśmy między wyspami motorówkami i jeździliśmy motocyklami po okolicach Dubrovnika. Wieczorami dalmackie pieśni o morzu, miłości, rozstaniach, śpiewane przez moich przyjaciół dźwięcznymi, silnymi głosami, wypełniały wnętrza Bikers Cafe, a mnie nieraz w oku zakręciła się łza. Bojąc się zbytniego przywiązania do ludzi i miejsca, w którym było mi bardzo dobrze, postanowiłam jechać dalej. W dowód uznania dla odwagi młodocianego podróżnika, dostałam na pożegnanie klubową plakietkę Libertas Dubrovnika, która oprócz wartości pamiątkowej, stała się dla mnie bardzo ważnym symbolem.

Dzień... (w Dubrovniku straciłam rachubę czasu)

W końcu zdałam sobie sprawę, ze minęło sporo czasu od momentu kiedy razem z Banditem jechaliśmy sobie przed siebie. Tym bardziej ucieszyłam się na jego widok. Po szybkim pożegnaniu (na szczęście większość moich znajomych była nieżywa bo nocnym „good-bye” party) ruszyliśmy na północ. Plan: przepłynąć (promem) przez Korculę i dopłynąć na Lastovo. Cały dzień w drodze. Zatrzymałam się dopiero w portowej Vela Luce, gdzie wieczorem miałam wsiąść na prom. Kilku godzinne oczekiwanie, odbyło się na betonowym brzegu (czytaj plaży) zapełnionej opalającymi się na krwistą czerwień rodakami. Kolejną nie miła niespodzianką była cena oleju jaką przyszło mi zapłacić w małym, motoryzacyjnym sklepie. Co ciekawe, pracownik sklepu widząc moje zainteresowanie plastikową butelką, n moich oczach zmienił jej cenę. Nie mogłam doczekać się chwili kiedy to miejsce będę mogła podziwiać z oddali. N przekór wszystkiemu prom się spóźniał. Coś tu było nie tak. I to coś na tyle silnego i złośliwego, że nawet szwajcarska punktualność chorwackich promów uległa tu zachwianiu. W końcu dopłynął. Szybko zaokrętowaliśmy się na promie i z ulgą patrzyliśmy jak odbijamy od brzegu. Po trzech godzinach dopłynęliśmy na Lastovo. Schodząc z promu już mieliśmy gdzie spać, gdzie zjeść i posłuchać dobrej muzyki. Po szybkim zakwaterowaniu w domu z najwyższą na wyspie palmą, w towarzystwie ludzi, którzy wcześniej zaczepili mnie na promie, poszliśmy na rynek, gdzie akurat odbywał się jeden z najbardziej prestiżowych chorwackich festiwali jazzowych. Ale to nie tylko muzyce przypisuję niezwykłą atmosferę tego wieczoru. Wspólne tańce, wino i ludzie, z różnych zakątków świata, którzy tak jak ja, trafili tu chyba na przekór nudnym ofertom biur turystycznych. Na szczęście zabawa nie skończyła się razem z ostatnimi dźwiękami muzyki. Tradycja nakazywała 20 minutowy spacer do leżącego nad samym morzem baru, otwartego do ostatniego gościa, który zwykle wychodził po przyjściu pierwszego. Nie mając tyle siły aby zostać tym ostatnim, wróciłam do pokoju, zostawiając na polu imprezowych zmagań, moich znajomych.

Dzień...

Dosyć późnym rankiem (bardziej przedpołudniem) z anyżowym plackiem w ręku (specjalność Pani domu) pomaszerowałam tam gdzie w nocy zostawiłam bawiące się towarzystwo. Spodziewałam się zwłok. Okazało się, że obok baru jest boisko do siatkówki i tor do gry w bule, na którym wszyscy świetnie się bawili. Ten dzień minął na leniwym odpoczynku.

Dzień...

Wstałam wcześnie aby nadrobić wczorajsze lenistwo i poszłam zwiedzać wyspę. Bandit patrzył na mnie krzywo, kiedy przechodziłam obok niego. Jeszcze się nie przyzwyczaił do mojego uzależnienia od szwendactwa. Po kilku kilometrowym spacerze pustą drogą wijącą się między wzgórzami doszłam do latarni morskiej. Ominąwszy znak zakazu wstępu, znalazłam się na krawędzi klifu. Pode mną rozciągała się czarna, kilkudziesięciometrowa pionowa ściana, w którą z piekielną siłą uderzały fale. Z wrażenia i ze strachu położyłam się na krawędzi, bez ruchu wpatrując się w przepaść. Kiedy od patrzenia w dół i huku fal zaczęło kręcić mi się w głowie, rozejrzałam się po okolicy. I nagle na tym pustkowiu, kilkadziesiąt metrów dalej, zauważyłam dwie dziewczyny wiszące głowami w dół w takiej samej pozycji jak ja. Ponieważ odczuwałam ogromną potrzebę podzielenia się z kimś swoimi wrażeniami, bez wahania ruszyłam w ich stronę. Po godzinie znowu wiedziałam na którą wyspę jechać, gdzie spać, jeść itp.

Tego wieczora pożegnałam się z rodziną, u której mieszkałam i z „magnesówką” wypełnioną owocami i plackiem anyżowym pojechałam na drugą stronę wyspy, gdzie umówiłam się z dziewczynami. Skoro świt miałyśmy wsiąść na prom płynący do Splitu i dalej na wyspę Vis.

Dzień...

Ranek potwierdził, że w grupie wstaje się łatwiej, a przede wszystkim weselej. W czasie następnych trzech godzin na promie, zdążyłyśmy się jeszcze wyspać, a dziewczyny wręczyły mi „list polecający” do swojego przyjaciela, jednego z mieszkańców Vis. Do listu, na kawałku serwetki dołączony był mini-przewodnik, gdzie się kąpać, co i gdzie jeść i gdzie koniecznie iść na spacer. Dziewczyny zostały w Splicie, my z Banditem wsiedliśmy na prom płynący na Vis. Za dwa dni miałyśmy się znowu spotkać.

Kiedy po dwóch godzinach dopłynęliśmy na miejsce, okazało się, że „glejt” miał rzeczywiście magiczną moc. Na dźwięk imion moich znajomych, pogrążony w półśnie właściciel restauracji, nie czekając na dalsze wyjaśnienia, postawił przede mną butelkę wina i …ciastka anyżowe. Kiedy na stole został już tylko talerz z ciastkami, nie byłam już tylko znajomą znajomych, ale córką, córki kuzyna, którego dziadek przed wojną oszalał z miłości do pięknej Polki i dla niej opuścił swoją ojczyznę. Jednym słowem byłam w rodzinie. I to nie naprawdę nietuzinkowej. Ludzie, których poznałam w ciągu najbliższych dni, z pozoru zwyczajni, okazywali się być naprawdę wyjątkowi. Znana chorwacka rzeźbiarka, francuski podróżnik, kapitan statku, czy rybak, jeden z bardziej popularnych chorwackich pisarzy. Kilka dni na Visie bliższe było artystycznemu happeningowi niż tradycyjnym wakacjom.

Kiedy po dwóch dniach, w asyście komitetu pożegnalnego wsiadłam na prom, wioząc w kufrach całą winiarnię, czułam ogromny niedosyt i smutek. Było mi tu naprawdę dobrze a ‘dolce far niente’, którego wcześniej nie potrafiłam docenić, nabrało dla mnie nowego wymiaru. Niestety miałam świadomość, że ta sielanka na Visie to przysłowiowy „początek końca”. Bowiem stanąwszy po raz kolejny na wybrzeżu Splitu wiedziałam, że ten etap podróży mogę nazwać już tylko powrotem.

Tym razem podróż przepiękną drogą wzdłuż przygranicznych wzgórz sprawiła mi wiele radości. Kręty, szeroki asfalt, otaczający ogrom przestrzeni, różnorodność krajobrazu, kolory, które przy popołudniowym słońcu nabierały jeszcze większej ostrości. Mimo wcześniejszym postanowieniom o trzymaniu w miarę szybkiego tempa, chciałam raz jeszcze przyjrzeć się temu wszystkiemu , aby jak najdłużej zachować wspomnienie tego miejsca. Niestety i tak kilometry mijały zbyt szybko.

Drogę powrotną ułożyłam tak aby móc zwiedzić jeszcze Zagrzeb i Budapeszt. Kiedy w piątkowe popołudnie chodziłam po Budapeszcie pierwszy raz poczułam się samotna. Tego uczucia nie miałam wcześniej. Samotność na chorwackiej prowincji była moimi sprzymierzeńcem, wyostrzała zmysły, skłaniała do refleksji, sprzyjała nawiązywaniu ciekawych znajomości. Tutaj ta samotność prowokowała mężczyzn do zaczepek a we mnie wywoływała dyskomfort. To dobry moment na powrót do domu. Rankiem wyjechałam a wieczorem, przy kubku herbaty, opowiadałam o swojej chorwackiej przygodzie najbliższym.

© Anna Jackowska | kontakt emailowy | zaprojektowane przez Telpromo & a.s.